WOLNOŚĆ PODMIOTU

Wolność podmio­tu przejawiająca się w akcie wydania sobie samemu rozkazu o powinności nie ma nic wspólnego z działaniem nie liczącym się z prawdą. Gdyby tak było, nie byłoby miejsca na wahanie, ważenie racji, na dociekania, których osta­tecznym wyrazem i ukoronowaniem jest dopiero wydanie sądu, czyli aktu poznania. Aktu, którego cechą znamienną jest wyrażenie prawdy. Sąd ten chronologicznie jawi się na końcu. Tym niemniej stanowi on warunek sen­sowności i zrozumiałości wszystkich opisanych wyżej zjawisk, które go po­przedzają. „Kiedy mówimy, że sumienie jest sądem, wówczas bierzemy pod uwagę jakby ostatni jego etap…”. Dopiero jednak na tym etapie sumienie uzyskuje definitywnie legitymację własnej tożsamości. Moment skrystalizowa­nia się sumienia, to moment wydania sądu „Powinienem!” przez „ja” i prze­jęcia przez „ja” odpowiedzialności za ten sąd. „To mój sąd”. Jestem tego świadomy. Ale nie mniej świadomy jestem i tego: „To mój sąd”. Gdyby ktoś go zakwestionował, nie będę się powoływał jedynie na to, że ja go wydałem. Ani nawet na siłę przeświadczenia, jaka mi towarzyszyła w momencie jego wydania. Będę się natomiast powoływał na racje, które sam przywołałem i które uznałem za wystarczające do wydania sądu: „Powinienem!”. Powołując się na te same racje, będę usiłował przekonać każdego, kto chciałby naruszyć me prawo do tego sądu, okazując jego prawdziwość.

TOWARZYSTWO ROZTEREK

Chcieć wyjść z tego obrębu musiałoby oznaczać dla podmiotu chcieć z wyboru wplątać się w ograniczenia, których źródłem jest niewiedza lub błąd. Cóż bardziej przeciw­nego naturze podmiotu, który jest istotą racjonalną? I rzeczywiście, analiza odnośnych faktów mówi nam, że stanowienie sądu „Powinienem!” nie ma nic wspólnego z działaniem w sposób irracjonalny, kapryśny. Przeciwnie, wyda­nie sądu „Powinienem!” bywa niekiedy poprzedzone długotrwałymi docieka­niami, ważeniem racji „za” i „przeciw”. Towarzyszą temu znane nam z do­świadczenia rozterki: „Jak powinienem postąpić?” Kto z nas nie zna ciężaru tego pytania? Napięcia towarzyszące tego typu pytaniom bywają nie mniejsze od tych, które nam towarzyszą, gdy naprzeciw sądu „Powinienem!” staje usiłujący uchylić go sąd przeciwny jakiegoś autorytetu. Niekiedy długotrwały spór z samym sobą, pełne udręki soliloquium, musi przygotować racjonalną podstawę wydania sądu „Powinienem!” Podmiot musi przed jego wydaniem przekonać partnera trudniejszego do przekonania od wielu innych: przeko­nać samego siebie. Wszystko to ma jednoznaczną wymowę.

NOWA WYKŁADANIA

Do tego bowiem w końcu sprowadza się ta „nowa wykładnia” wyzwolenia przez prawdę oraz jej uwodzicielska i niszczy­cielska moc. Trudno człowiekowi wyrządzić większą szkodę niż wmówienie mu, że jest tym, kim nie jest. Eritis sicut dii… Prawdę przedmiotu realnego konstytuować może tylko ten, kto konstytuuje stwórczojego bytowość. Jakże jednak łatwo jest przejść od stwierdzenia, że podmiot jest twórcą swego sądu do twierdzenia, że jest również twórcą… prawdy swego sądu! Wydaje się, że upowszechnianiu się tej iluzji można skutecznie przeciwdziałać w jeden tylko sposób. Z jednej strony trzeba ujawnić i uznać w całej rozciągłości tę część prawdy, dzięki której iluzja ta nabiera jej pozorów. Z drugiej strony zaś należy ukazywać drugi aspekt rzeczywistości sumienia, aspekt współkonsty- tuujący tę rzeczywistość na równi z pierwszym, niekiedy jednak przez ten pierwszy przesłaniany. Podkreślając słusznie, że sumienie jest własnym aktem podmiotu, odwraca się niekiedy uwagę od tego, że akt ten jest sądem, czyli aktem poznania. Analiza odnośnych faktów ujawnia, że podmiot wydając dla siebie sądy po- winnościowe nie tylko nie umie, lecz po prostu nie chce – w imię wierności sobie — czynić tego inaczej, jak tylko w obrębie swej aktywności poznawczej. W tym obrębie zaś rola decydująca przysługuje prawdzie. 

ASPEKTY SUMIENIA

Odsłoniliśmy dotąd jeden tylko, ważny, wcale jednak nie jedyny aspekt sumienia. Inna rzecz, że nie zawsze umiano oprzeć się pokusie jego absolutyzacji. Współcześ­nie zauważa się nawet szczególną tendencję w tym kierunku. Dla wielu kie­runek ten wydaje się drogą w stronę deifikacji człowieka. Wraz z nasileniem tych prób obserwujemy również rosnące wyrafinowanie w nadaniu im pozo­rów słuszności. Nie sugeruje się wprost, by człowiek miał osiągnąć pełnię wolności poza prawdą, czy też niezależnie od niej lub nawet wbrew niej. Twierdzi się natomiast, że moc sumienia rozciąga się na jej twórcze kształto­wanie. Przyznanie człowiekowi twórczości w tym zakresie pozwala na pozosta­wienie w spokoju formuły, zgodnie z którą człowiek znajduje swe wyzwolenie jedynie poprzez prawdę. Formuła ta zostaje jednak pozbawiona swej pier­wotnej treści. W tej postaci nie tylko nie przeszkadza, owszem, stanowi do­godne narzędzie do osiągnięcia celów diametralnie przeciwnych w stosunku do jej właściwego, pierwotnego sensu, tj. do wmawiania sobie i innym, że człowiek staje się wolnym nie poprzez samopoddanie się prawdzie, lecz po­przez poddanie prawdy sobie.

SKUPIENIE UWAGI NA FAKCIE

Skupienie uwagi na fakcie, że sumienie jest własnym sądem podmiotu, ujawnia je nam jako akt wiązania się wolności przez wolność, czyli jako akt samozobowiązywania się podmiotu i wyraz jego samozależności. Wyniku tego nie wolno nie doceniać. Czy stanowi on jednak ostatnie już słowo w sprawie sumienia? Czy wyraża bez reszty jego rzeczywistość i ujawnia w pełni istotę jego funkcji w służbie wolności człowieka? W szczególności, czy wyrażająca się poprzez sumienie samozależność podmiotu została tu dostatecznie jasno odgraniczona od samowoli nieliczenia się z prawdą? I czy bez tego odgrani­czenia nie zagraża niebezpieczeństwo zredukowania wolności do samowoli sprowadzającej na podmiot niewolę fałszu? Pytania takie narzucają się tu same przez się. Dają one wyraz słusznej trosce, a nawet obawie, aby w imię sumienia nie dokonano czegoś, co jest najbardziej przeciwne jego istocie, mianowicie teoretycznej — i moralnej! — legitymacji samozniewolenia przez błąd na konto wyzwalającej mocy sumie­nia. Niebezpodstawne to niepokoje. Nie zapominajmy jednak, że w naszej analizie sumienia znajdujemy się dopiero w połowie drogi.

WOLNOŚĆ PODMIOTU

Istotnie, wolność podmiotu zni­weczona może być tylko wtedy, gdy nakaz do niego skierowany nie napotyka na jego wewnętrzną aprobatę. W tym przypadku zaś aprobata ta jest całko­wita. Podmiot staje wszak całkowicie „po stronie” swego „Powinienem!”, skoro je własnym aktem do bytu powołuje. Jest niejako całym sobą imma- nentny w akcie asercji „Powinienem!”. Trudno nawet pomyśleć większą aprobatę od tej, która się wyraża nie tyle aktem zgody na odnośny nakaz, ale wręcz aktem wydania tego nakazu sobie przez siebie. Sumienie zatem, którego rzeczywistość ujawnia się jako mój sąd „Powinie­nem!”, dynamizuje i manifestuje wolność podmiotu nawet w akcie, poprzez który konstytuuje on twórczo zadania dla wolności. Nawet więc „matnia dobra i zła” dla wolności okazuje się dziełem wolności! Wolność człowieka zatem to nie tylko możność zdystansowania się wobec „Powinienem!”. Wol­ność człowieka to także możność współudziału w powoływaniu do bytu owe­go „Powinienem!”. To współudział w jego stanowieniu. Nie jest to wolność pomimo sumienia, lecz wolność poprzez sumienie.

NAKŁADANIE TYCH ZADAŃ

Ale już w samym akcie nakładania tych zadań swej wolności podmiot poprzez sumie­nie, czyli swój własny akt: „Powinienem!”, angażuje swą wolność: Jest związa­ny powinnością, gdyż… sam się nią własnym aktem związał! Obowiązuje mnie cokolwiek, o ile sam odnośny sąd stanowię. Jest to oczywiście sąd o powin­ności. Sąd o powinności adresowanej do mnie. Powinności nie tolerującej żadnych warunków. Sąd ten jest tedy nakazem bezwzględnym, kategorycz­nym imperatywem. Tym niemniej jest to ciągle sąd, który ja sam tylko mogę dla siebie stanowić. Wtedy dopiero mnie obowiązuje. Nakaz ten jest więc samo-nakazem, auto-imperatywem, moim własnym nakazem do mnie. Poprzez sąd „Powinienem!” zobowiązuję się do posłuszeństwa rozkazowi, który sobie sam wydaję. Sam dla siebie występuję w charakterze moralnego prawodawcy i prawobiorcy.Kant słusznie widział w sumieniu rodzaj manifestu proklamującego wol­ność człowieka, jego autonomię, jego wewnętrzną suwerenność i nienaruszal­ność. Zagrożenie wolności mogłoby przyjść tylko z „zewnątrz”. Tu niebezpie­czeństwo tego zagrożenia znika. Rozkazodawca bowiem i rozkazobiorca są co prawda specie diversus, lecz numero idem.

DWUWYMIAROWE ZNACZENIE

„Powinienem!” okazuje się tedy podwójnie zrelatywizowane, dwuwymiaro­we. Wskazuje z jednej strony na tego, do kogo treść apelu jest skierowana: „Powinieneś!”, z drugiej strony wskazuje jakoś i na tego, kto apeluje: „Ja powinienem!”. Właśnie ten drugi wymiar nie powinien tutaj ujść naszej uwagi. Ujawnia on, że powinność do mnie skierowana może się zjawić tylko jedynie w postaci mego własnego sądu. Sądu, którego nikt nie wyda beze mnie. Ja jestem i muszę być tego sądu podmiotem również w tym znaczeniu, że jest on moim aktem. Nosi na sobie znamię mego autorstwa. W tym sensie nie istnieje żadna powinność moralna dla mnie tak długo, jak długo ja sam nie wydam odnośnego sądu „Powinienem!”. W tym zaś nikt inny nie może mnie wyręczyć ani zastąpić. Niepodobna przecenić tego wyniku. Sumienie, krystalizujące się w sądzie „Powinienem!”, nakłada na mnie niewątpliwie określone zadania. Stawia mą wolność w matni dobra i zła i przez to ją jakoś ogranicza. Ogranicza choćby przez to, że prowokuje do użycia wolności w określony sposób, co zresztą nie ma nic wspólnego z jej niweczeniem.

WEZWANIE DO REFLEKSJI

W każdym razie wezwanie do ponownej refleksji nad racjami uprawomocniającymi moje „Powinienem!” może oznaczać również postulat poznania racji, stojących u podstaw stanowienia „Powinieneś!” ze strony odnośnego autorytetu. Niekiedy to samo już wystarcza do usunięcia kolizji. Co jednak oznacza w tym przy­padku jej usunięcie? Oznacza ono właśnie: przekład „Powinieneś!” na „Powi­nienem!”. Przekład, który jest nieodzowny do ukonstytuowania się moralne­go zobowiązania — tego, w którym dopiero odkrywamy i identyfikujemy istotę sumienia. Krótko: „Powinieneś!” staje się dla mnie moralnie zobowią­zujące tylko o ile w końcu ja sam je jako takie dostrzegam i za takie tym samym uznaję, gdy więc staje się treścią mego własnego, przeze mnie wyda­nego sądu: „Powinienem!”. Nie powinna nas tedy zwodzić sytuacja, że nie­kiedy sami wyrażamy zobowiązującą nas powinność moralną w formie gra­matycznej drugiej osoby: „Powinieneś!”. Zawsze bowiem ilekroć to czynimy, jesteśmy świadomi, że to my właśnie tą formą się posługujemy i — co waż­niejsze — jesteśmy zawsze świadomi gotowości podłożenia swego „ja” pod formę gramatyczną „Powinieneś!”. Jesteśmy po prostu zawsze świadomi przekładalności „Powinieneś!” na „Powinienem!”.

NAKAZYWANIE PODMIOTOWI

Zdarza się przecież niekiedy, że jakaś instancja o uznanym autorytecie nakazuje podmiotowi coś, co nie napotyka na jego przyzwolenie. „Powinie­neś!” oraz „Powinienem!” stają wówczas naprzeciw siebie. Antygona jest tej kolizji klasycznym przypadkiem. Kolizję tę odczytujemy wszyscy jednoznacz­nie jako kolizję autorytetu z sumieniem. Wiemy też, że nie wolno nam kolizji „rozwiązać” dając priorytet autorytetowi kosztem sumienia. Sumienie zabra­nia nam gwałcić sumienie. Czy nie znaczy to, że w świede jego własnego świadectwa „Powinienem!” jest moralnie „mocniejsze” aniżeli „Powinieneś!”? Św. Paweł jest wyrazicielem oczywistości tego świadectwa, gdy głosi: „A wszystko, co nie jest z przekonania, grzechem jest”. Kolizja jest natomiast z całą pewnością wezwaniem do samorefleksji i kontroli, do ponownego prze­badania racji, stojących u podstaw mego „Powinienem!”. Nie jest wykluczo­ne, że cała różnica pomiędzy „Powinienem!” a „Powinieneś!” ma swe źródło w nieuwzględnieniu przez podmiot racji, które zna, uwzględnia i jest w stanie przedstawić autorytet moralny, który stanowi „Powinieneś!”. Nie jest, w zasadzie przynajmniej, wykluczona i odwrotna sytuacja.